O początkach, czyli po nitce do kłębka…

Witajcie 🙂

Dziękuję Wam za to, że jesteście 🙂
Uwielbiam tutaj do Was wracać 😉

Dziś…cóż… Nadszedł ten dzień, aby otworzyć się jeszcze bardziej i…opowiedzieć Wam CAŁĄ NASZĄ HISTORIĘ!

Jesteście gotowi? 😉
Ale ostrzegam – niektóre wpisy w tej kategorii będą tylko dla osób o naprawdę mocnych nerwach…

Zapraszam!

Foto podrzucił wujek google, a znalazł gdzieś na portalu newsweek

Przy okazji wpisu urodzinowego mojej najstarszej Córeczki wyznałam Wam, a jednocześnie i złożyłam obietnicę, jakobym dojrzała już do tego, aby Wam wszystko dokładnie opowiedzieć 🙂

Zastanawiałam się przy tym, od czego zacząć i jak to wszystko przedstawić…
Tak oto doszłam do wniosku, że powinnam rozpocząć od samego początku naszej znajomości 😉

Jak to się stało, że wpadliśmy na siebie?

Był początek kwietnia 2009r. Zbliżałam się do końca pierwszego semestru studiów. W dodatku, byłam świeżuteńko po zakończeniu wieloletniego związku…

Mój Mąż…na początku roku 2009 wrócił z Irlandii. Przyjechał do swojej dziewczyny, wynajął mieszkanie blisko niej…i zanim zdążył się na dobre rozgościć w nowym mieście, nadeszła pora rozstania. Zamieszkał więc tymczasowo u swojego Brata.

W czasie studiów miałam dwie szczególnie mi bliskie koleżanki. Jedna z nich miała brata, którego poznał mój Mąż. I tak oto dostrzegł moją koleżankę, która wpadła mu w oko 😉

Czasy to były ciekawe, fb jeszcze nie był aż tak popularny, za to swoją świetność przeżywała Nasza Klasa 🙂 Pamiętacie ją jeszcze?

Mąż mój dzielnie próbował sprowokować z tamtą dziewczyną dyskusję, choć mocno nieskutecznie. Wiedziałam doskonale, że moja koleżanka bardzo była zakochana w innym chłopaku, a kolejka do niej też była już ustawiona w szeregu 😉

Ja natomiast…miałam fatalny nastrój po rozstaniu i sprowokowana jednym komentarzem, dałam się wciągnąć w dyskusję. Szybko przeniosła się ona na gadu-gadu (tak, takie coś też kiedyś było 😀 ), a jak któreś musiało wyjść z domu, pozostawaliśmy w kontakcie sms… Szybko okazało się, że wirtualnie spędzaliśmy ze sobą całe dnie, rozpoczynając je od 7-8 rano, a kładąc się spać po północy…
Nie było to wybitnie trudne, bo ja akurat chorowałam, a on akurat skręcił kostkę 🙂 Taki traf 😉

Zanim minęły dwa tygodnie…zakochana byłam po same uszy w człowieku, którego jeszcze nie zdążyłam nawet spotkać, nie zdążyłam nawet zobaczyć „na żywo”, nie miałam okazji usłyszeć jego głosu…nic!
Znałam go tylko z rozmów… Wielu, wielu rozmów…na absolutnie każdy temat! Miałam wrażenie, że znam go tak doskonale, że lepiej już nie jestem w stanie. Zakochałam się w osobie, z którą miałam wspólne tematy, z którą miałam „o czym” rozmawiać, z którą miałam podobne zdanie w wielu tematach (zwłaszcza ważnych)…w człowieku, który mentalnie był mi tak bliski, że prawie do szaleństwa!

Aż w końcu wyzdrowiałam, a jego kostka również się wyleczyła i przestała boleć…
Wtedy zaczęliśmy planować…nasze spotkanie…

(Visited 94 times, 1 visits today)
Podziel się :)
Share